Idąc dalej, objętym ostatnio, tropem filmów animowanych, natrafiliśmy razem z Zuz na baję pod tytułem dość interesującym - "Prawie jak gladiator". Nie sprawdziwszy jej wcale, nie obejrzawszy zwiastunów, nie przeczytawszy żadnej recenzji... poszliśmy w ciemno, zupełnie na ślepo (zgroza!). Odpaliliśmy film... I miny nam rzedły z każdą upływającą minutą. Sekundy dłużyły się w nieskończoność... Było coraz gorzej i gorzej... Hańba, powiadam! Ścierpieliśmy chyba tylko dlatego, że byłem jeszcze w tzw. "stanie posylwestrowym" (01 stycznia - caaaaalutki dzień w ciepłym łózku) i (choć prawdopodobnie podświadomie) czuliśmy, że szykuje się recenzja typu mega "hejt". Ale nie bezpodstawny to będzie hejt, o nie...
