Ostatnio co prawda niewiele jest czasu na filmy, ale zdarzają się dni takie, że człowiek nie ma już siły, ani ochoty zupełnie na nic. Nawet na czytanie, czy granie. Wtedy właśnie po męczącym dniu przychodzi czasem chęć na obejrzenie jakiegoś filmu. Często, choć nie zawsze, są to hollywoodzkie blockbustery, napompowane efektami specjalnymi, do którym produkcji potrzeba było milionów zielonych.
Kolejny widowiskowy film o przygodach marvelowskich mutantów jest czymś, czego prawdziwi fani nie powinni sobie odpuścić. I lepiej niech tego nie robią, bo naprawdę warto wybrać się na seans. Oglądaliśmy wszystkie części filmów o X-Menach. Jedne były lepsze, drugie (jak choćby Geneza...) były gorsze. "Przeszłość, która nadejdzie" niekoniecznie zostanie przez każdego uznana za najlepszą część serii, ale zdecydowanie bije na głowę ostatnie filmy o mutantach.
Niech tytuł was nie zwiedzie. To nie jest historia biblijna. A w zasadzie nie całkiem, choć fabuła bazuje na tej opowieści. Podobno (tak czytałem) ludzie wychodzili w trakcie seansu wielce oburzeni. Nie tego się spodziewali, nie przyszli do kina świadomi, że Aronofsky robi filmy dość specyficzne. Nie wiedzieli też prawdopodobnie, że ktoś sporo namieszał w historii Noego. Ja, na szczęście, poszedłem do kina w pełni uświadomiony, że to nie będzie wątek żywcem wyciągnięty z Biblii. Cóż, w przeciwnym wypadku zapewne wcale bym się na seansie nie pojawił. Wiedziałem czego można się spodziewać, czytałem komiksy, na których podstawie film powstał, i które bardzo mi się spodobały. Oczekiwałem więc ekranizacji jeszcze lepszej niż komiksowy pierwowzór. Niestety, pod tym względem odrobinę się zawiodłem.
Wielka szkoda, że nie udało mi się obejrzeć drugiej części "Hobbita" wcześniej, choć z drugiej strony - dzięki temu znalazłem czas, by odświeżyć sobie pierwszą część tej nowej trylogii Jacksona. I była to dobra decyzja, bo w "...Niezwykłej podróży" działo się tak wiele, że o niektórych wydarzeniach po prostu już zdążyłem zapomnieć. Głownie dlatego, że P.J. w znacznej części zmodyfikował tę oryginalną fabułę Tolkiena. Nad trafnością jego zabiegów można długo dyskutować, ale wspomnę o kilku takich, które według mnie były niepotrzebne lub też i takich, które całkiem dobrze wypadły. Na pewno dało się mocno we znaki to, że seans kinowy (2D z napisami) odbywał się w bardzo późnych godzinach, a do domu wróciłem dopiero po północy...
Już w grudniu roku 2013 na ekrany kin weszła druga część najnowszej produkcji Petera Jacksona, czyli "Hobbit. Pustkowie Smauga"! Nie mając jednak do tej pory możliwości na wybranie się do kina, postanowiłem obejrzeć jeszcze raz poprzedni film, czyli "Hobbit. Niezwykła podróż". Kinową wersję widziałem zaraz po premierze, ale uznałem, że dobrze byłoby sobie tę produkcję odświeżyć i przejrzeć na spokojnie w zaciszu domowym. Jako fan zarówno twórczości Tolkiena, jak i filmowej trylogii "Władcy Pierścieni" nie będę może zbyt obiektywnym widzem w tym przypadku. Nie uważam jednak "Hobbita..." za majstersztyk kinematografii z dziedziny fantasy, w przeciwieństwie do "Władcy..." i kilka mankamentów na pewno wytknę. Zapraszam zatem :)
Idąc dalej, objętym ostatnio, tropem filmów animowanych, natrafiliśmy razem z Zuz na baję pod tytułem dość interesującym - "Prawie jak gladiator". Nie sprawdziwszy jej wcale, nie obejrzawszy zwiastunów, nie przeczytawszy żadnej recenzji... poszliśmy w ciemno, zupełnie na ślepo (zgroza!). Odpaliliśmy film... I miny nam rzedły z każdą upływającą minutą. Sekundy dłużyły się w nieskończoność... Było coraz gorzej i gorzej... Hańba, powiadam! Ścierpieliśmy chyba tylko dlatego, że byłem jeszcze w tzw. "stanie posylwestrowym" (01 stycznia - caaaaalutki dzień w ciepłym łózku) i (choć prawdopodobnie podświadomie) czuliśmy, że szykuje się recenzja typu mega "hejt". Ale nie bezpodstawny to będzie hejt, o nie...
Jakoś ostatnio coraz częściej oglądam filmy animowane. Może to poniekąd dlatego, że mam w tej materii spore zaległości, ale może to również zasługa tego, iż dzisiejsze produkcje tego typu są po prostu świetnie wykonane! Pod względem estetycznym, oczywiście. Serio, dzisiejsze animacje naprawdę wychodzą genialnie! Natomiast jeśli chodzi o inne aspekty, cóż... W przypadku filmu pod tytułem "Minionki rozrabiają" (kto wymyśla te polskie tytuły?! - oryg. "Despicable me 2") nie było tak świetnie, jak się spodziewałem. Czyli innymi słowy: "Jak zareklamować produkt, a sprzedać coś całkiem innego". Przejdźmy do rzeczy...
Nie samymi książkami człowiek żyje, prawda? Czasem wypada obejrzeć też jakiś film, co ostatnio (ku mojej radości) robię z większą częstotliwością. Mogę zatem częściej przedstawiać wam moją opinię na temat poszczególnych produkcji. Dzisiaj zatem bierzemy na warsztat film pod tytułem "Jeździec znikąd". W obsadzie znany i lubiany Johnny Depp, również znana i lubiana Helena Bonham Carter, a także mniej znany (ale czy przez to mniej lubiany?) Armie Hammer. Poza tym mamy tu również kilku innych świetnych aktorów, ale czy to sprawia, że ta produkcja też musi być świetna? Zapraszam do recenzji. Iiii haa!
Naprawdę dawno już nie oglądałem tak zwariowanego filmu. Za obsadę robi tu cała plejada aktorów znanych głównie z komedii, którzy grają tu... samych siebie. Do tego Emma Watson, Rihanna i jeszcze kilku innych celebrytów, a to wszystko w iście szalonej parodii biblijnej apokalipsy!
Zaczyna się dość niewinnie (jak dla kogo). Dwóch kumpli - Seth Rogen (jako Seth Rogen) oraz Jay Baruchel (jako Jay Baruchel) spotykają się po długiej rozłące. Plan na wspólne spędzenie czasu jest prosty. Relaks + marihuana. Wszystko jednak spala na panewce...
Ogłoszenia parafiaaAalne!: Jak niektórzy mogli zauważyć - na Recenzjum wprowadziliśmy pewne zmiany. Głównie rozchodzi się tu o tematykę strony, bo planujemy robić nie tylko recenzje książek i komiksów, ale także i filmów (co zresztą można było zaobserwować poprzez nasz ostatni filmik dotyczący "W pierścieniu ognia" - klik)... Kto wie co będzie dalej! :) Nasza nazwa pozwala nam eksperymentować na polu recenzowania, więc zachęcamy do obserwacji!
A dzisiaj na warsztat biorę film "World War Z" - bodajże na podstawie książki o tym samym tytule... Że co?!










